Dzień 4
04.05.2024
Dzień zapowiadał się cieplejszy niż dotychczas i czuć w końcu było, iż jest się na półwyspie iberyjskim a nie na zimnych wybrzeżach Szwecji. Wzorem i tradycją pozostałych dni śniadanie o 9.00 było zimne w postaci bułek, pomidorowego soku Gaspachio, zimnej kawy kofeinowej jak i bezkofeinowej. I wszystkiego tego co mieliśmy z dni poprzednich jak i własnych zakupów. Komuś może wydawać się, że narzekam, bo równie dobrze nic moglibyśmy nie dostać i pewnie by miał rację. Ale w XXI wieku pewne minimum chyba może być wymagane, jak choćby jeden ciepły posiłek. Dziś czekała nas defilada ulicami Madrytu na którą wybraliśmy się o 10.00, ale zanim ostatecznie ruszyliśmy, zanim dotarliśmy do metra, a metrem na miejsce zbiórki przed defiladą była już 11.00 a nawet po 11.00. Na mieście było już mnóstwo wojska. I o ile przez pierwsze dwa dni uczestniczyliśmy w uroczystościach i bitwach nawiązujących do wydarzeń z 1808 roku i biliśmy się powstańcami. Dziś miało się to zmienić. Obchody w dniu dzisiejszym i następnym nawiązywać mają do wydarzeń z 1812 roku, kiedy to Madryt został wyzwolony spod okupacji francuskiej. Tym samym mieliśmy dziś bić się z regularnymi jednostkami hiszpańskimi, angielskimi i portugalskimi. Na miejscu zbiórki, panował rozgardiasz wywołany kumulacją rożnych oddziałów, rożnych narodowości. Po jako takim uformowaniu się do czekającej nas defilady, mieliśmy dużo czasu wolnego. Większość skorzystała z gościnności pobliskiego hotelu i jego toalety. W końcu organizatorzy dali znać by oddziały się sformowały i ruszyły. Polski batalion wzorem dni poprzednich szedł w takiej samej kolejności co poprzednio. Czyli na przodzie dobosze, potem orłowi ze sztandarem 4 pułku Xsięstwa Warszawskiego, następnie nasz oddział Legii Polsko-Włoskiej, Za nami pluton kombinowany 2, 7 i 12 pułku piechoty, potem pluton 4 pułku piechoty, kolumnę zamykał pluton 3 Pułku Piechoty Legii Nadwiślańskiej z Rypina.

Koledzy z WAT-u odtwarzający Legię Nadwiślańską już w uroczystościach tego dnia nie brali udziału, gdyż pakowali się i wracali do kraju. Tym samym nasze szeregi nieco stopniały. Ale i tak stanowiliśmy najliczniejszy kontyngent zagraniczny. Gdy ruszyliśmy spod Opery, czekała nas 3,5 km odległość do przejścia o czym nie wiedzieliśmy. Ale widoki jakie mieliśmy rekompensowały trud. Mogliśmy znowu spoglądać na Pałac Królewski pod którym się biliśmy 2 maja. W katedrze de la Almudena biły dzwony, gdy koło niej przechodziliśmy, póżniej idąc ulicą C. Mayor mijaliśmy po prawej stronie Plaza Mayor. Tętniący życie plac główny Madrytu. Następnie idąc ulicą C. de Alcala mijaliśmy przepiękną XVIII wieczną fontannę Fuente de Cibeles a po prawej stronie mieliśmy przepiękny pałac Palacio de Comunicaciones. A po przejściu ostatniego odcinka znaleźliśmy się przy Madryckim Łuku tryumfalnym Puerta de Alcala. Mijaliśmy ten łuk po lewej stronie i weszliśmy do Parku Reteiro gdzie zgromadziły sie wszystkie oddziały. Następnie po ustawieniu się oczekiwaliśmy na przemowy i hymny krajów, których rekonstruktorzy byli obecni. Niestety przypadła nam pozycja w pełnym słońcu. Więc jak tylko było trochę luzu, utrzymywaliśmy pierwszy szereg, a ludzi z drugiego wyganialiśmy w cień. Potem następowały zmiany. Wszyscy mieli dość po przejściu tych 3.5 km. Muszę jednak nieskromnie powiedzieć, że Legia Polsko-Włoska bardzo dobrze i równo maszerowała niemal przez całą trasę przemarszu co jest nie lada wyczynem dla ludzi, którzy na co dzień nie należą do żadnych formacji wojskowych. Po przemowach jeszcze na chwilę Polski Batalion został zatrudniony przez Panią ambasador Polski w Hiszpanii. Przed którą sformowaliśmy linię w celu prezentacji poszczególnych oddziałów.

Następnie pozwolono nam się rozejść rzucając orientacyjni, gdzie mamy iść na posiłek. Nie było to łatwe, gdyż Park Reteiro do małych nie należy. W końcu po dłuższych perturbacjach udało się zlokalizować miejsce, gdzie wydawano jedzenie. A jakże zimne z kartonów. Gdy to zobaczyliśmy, natychmiast z chłopakami ruszyliśmy na miasto by zjeść coś ciepłego i konkretnego. Tym bardziej że mieliśmy dużo czasu do zbiórki przed bitwą a i mapa wskazywała, że jadłodajnie nie są daleko. Ja z Wiktorem i Bolem wybraliśmy najbliższe rozwiązanie i poszliśmy do restauracji pod "Złotymi Łukami". Adrian z Kylem zostali na miejscu i wybrali złocisty trunek. Zaś Janek, Tobiasz, Sztaufi wybrali opcję drugą, czyli Taco Bell. Po posiłku ruszyliśmy jeszcze do sklepu, potem z powrotem na miejsce zbiórki. Wolny czas spożytkowaliśmy na odpoczynek. I gdy zbliżał się czas zbiórki udaliśmy się umundurowani na miejsce, gdzie miały się gromadzić żołnierze. Okazało się, że wszystko jest przesunięte o godzinę, to też wróciliśmy na miejsce naszego poprzedniego bytowania. I dalej odpoczywaliśmy.

W końcu nadszedł czas zbiórki i słodkie leniuchowanie należało porzucić i przywdziewać mundury i wyposażenie. Tym razem organizatorzy byli pewni i godziny, i miejsca. Bitwa miała toczyć się na ulicy biegnącej przez Park Reteiro. A dokładniej to ta część bitwy, w której my mieliśmy brać udział. Okazało się, że w innej części Parku, miała toczyć się druga bitwa. A w efekcie końcowym spychane wojska francuskie miały się spotkać na ulicy, na której my staliśmy i przegrać batalię. Niestety wyniki bitew napoleońskich zostały ustalone grubo 200 lat temu i trzeba się do nich dostosować. Tym bardziej że dzisiejsza batalia nawiązywała do wyzwolenia Madrytu z rąk Francuzów. Ulica, na której staliśmy była dość szeroka, co pozwalało spokojnie się rozwinąć. Dodatkowo po naszej prawej stronie były ustawione barierki za którymi stała publika. Zaś po lewej stronie była niewielki pas zieleni i szeroki żwirowy deptak, za którym była dalsza przestrzeń zieleni z pojedynczymi krzewami. Tak więc miejsca było sporo. Choć batalia jak się potem okazać miało, toczyła się w przeważającej części toczyć się miała na ulicy. Choć czas bitwy nadszedł, a my staliśmy w kolumnie. Nic się nie działo. Przed sobą mieliśmy anglików. Którzy stali na końcu ulicy i nie kwapili się by ruszyć w naszą stronę, choć to ponoć my mieliśmy się bronić. Po jakimś czasie dało się słyszeć strzały i głośny wystrzał z armaty, gdzieś za nami, sporo za nami. Wiedzieliśmy, że w innej części parku, bitwa się zaczęła. W końcu Piotr dowodzący polskim batalionem nakazał ruch naszej kolumnie. Werble zabiły, Orzeł na sztandarze załopotał a my piechota ruszyliśmy.

Po kilku krokach Piotr nakazał mi pociągnąć z Legionistami w prawo, a pozostałe plutony uformowały na nas linię. Przez pewien czas szliśmy długą linią, podchodząc do anglików, którzy w końcu ocknęli się i zaczęli do nas strzelać. Początkowo ogień z anglikami toczyli woltyżerowie z 3 Pułku piechoty Legii Nadwiślańskiej, ale w końcu Piotr zakomenderował ognia całym batalionem w stronę anglików i zaczęła się regularna wymiana ognia. Anglicy pomimo tego, nie przejawiali zbytniej ochoty do walki w zwarciu. To też my musieliśmy pójść pierwsi na bagnety. Jak się potem okazało, skład osobowy anglików był dość wiekowy i może stąd ten stojący styl walki. Drga sprawa, że Anglicy walczący z nami chyba wyczekiwali aż walka, która toczyła się daleko za naszymi plecami w końcu wlezie nam na plecy. Tak czy owak, po tym jak poszarpaliśmy nieco anglików i ich ego, oni dostali animuszu i zaczęli przejawiać większą ochotę do konfrontacji. Po pewnym czasie, Piotr nakazał mi się odłączyć od głównej części, batalionu i działać indywidualnie wycofując się nieco do tyłu. Skorzystałem z tej samodzielności i działając na prawym skrzydle batalionu posyłałem co chwilę ludzi by prowadzili ogień woltyżerski w stronę Anglosasów. A to strzelaliśmy szeregami, a to znowu posłałem pierwszy szereg kilka kroków na przód by oddał salwę a potem drugi szereg. Następnie posyłałem po kolei roty by oddały strzał i wracały. I tak lecieli najpierw Adrian z Bolem, potem Wiktor z Jankiem, dalej Sztaufi z Tobiaszem, następnie Bartosz z Anią, kolejni byli Radek z Kasią, a na koniec dwójka saperów Kylu i Tomek. Po powrocie do szeregu nakazywałem od razu ładować i być gotowym do kolejnej rundy. Tak więc Legioniści cały czas prowadzili nękający ogień. W końcu Piotr nakazał wycofać się wszystkim polskim siłom mniej więcej do miejsca, z którego zaczynaliśmy i nadal prowadzić ogień. Wówczas już bardzo dobrze słyszeliśmy, że na naszych tyłach odgłosy bitwy zbliżają się do nas. Długo nie trzeba było czekać a naszym oczom ukazały się francuskie pułki spychane przez angielskich szkotów, Hiszpanów i Portugalczyków. Bitwa wchodziła w decydujący moment. Staliśmy plecami do naszych francuskich sojuszników. W końcu francuskie siły postanowiły schodzić z drogi i stawić czoło na placu, który był obok. Ja także musiałem pociągnąć legionistów w lewo, bo groziło nam, że na tyły wejdą nam Szkoci. Ale udało się uchronić oddział od tej wątpliwej przyjemności. Teraz Anglicy z którymi walczyliśmy od początku jak i ci którzy przyszli na nasze tyły utworzyli jeden front. Wówczas to Francuscy dowódcy trzymając białą flagę poszli paktować z dowództwem angielskim. Do mnie też dotarł oficer i nakazał zakończyć walkę, tyle że moi ludzie mieli nabite karabiny. Gdy tylko oficer się oddalił, nakazałem salwę. Zresztą rozmowy pokojowe sobie, a tu i ówdzie walka trwała i padały nadal strzały.

Ostatecznie jednak rozmowy doprowadziły do naszego poddania się. Po wszystkim oddziały sformowały się a do nas dotarła dobra nowina. Wyjechał po nas jeden autokar i zamiast wracać metrem, mieliśmy szanse wrócić autokarem. Oczywiście chętnych było dużo i na pewno za pierwszym razem nie wszyscy mieli szanse pojechać. Przy autokarze, gdy do niego dotarliśmy, Piotr zadecydował, że jadą kobiety żołnierze i markietanki. Dodatkowo Legioniści dostąpili także zaszczytu udania się jako pierwsi autokarem. Te wyróżnienie nie było znikąd. A było spowodowane dobrą postawą i dobrym maszerowaniem w czasie defilady przez Madryt. Niestety szczęście jednych to nieszczęście drugich. Z autokaru musieli wysiąść koledzy z 3 Pułku Piechoty Nadwiślańskiej którzy nie czekając na cały polski batalion czmychnęli wcześniej i władowali się do autokaru. Gdy dojechaliśmy do obozu. Ja jak i kilku tak samo myślących wojaków władowało się szybko pod prysznic, by zdążyć nim nadjedzie reszta ludzi. Po wszystkim, zjedliśmy kolację. Tyma razem wybór był nieco większy. Gdyż dostaliśmy racje żywnościowe wojska hiszpańskiego. I kto chciał udał się na podwórko i podgrzewał sobie puszkę z jedzonkiem. Zrobiłem to i ja mój kapral Adrian. Choć nie było to jedzenie wysokich lotów, to było jednak ciepłe, a po ciężkiej walce smakowało jak mało co na świecie. Potem powróciliśmy do naszego stolika na sali i poszły w ruch karty. Spać udaliśmy się po północy.
