top of page

Dzień 5

05.05.2024 

Dzisiejszy dzień był dniem ostatnim naszego pobytu i walk w Madrycie. Tym razem nigdzie nie trzeba było jeździć. Czekał nasz marsz z naszego miejsca pobytu do rynku dzielnicy Barajas w której byliśmy zakwaterowani. Wstaliśmy około 08.00 zjedliśmy nasze ulubione zimne śniadanie. I jakoś przed 10.00 zbieraliśmy się do wymarszu. 

Legia stoi

 Nim wyszliśmy, w czasie zbiórki miała miejsce mała uroczystość. Każdy dostał z rąk kapitana Marka Gniewka pamiątkowy medal. Mnie także ten zaszczyt spotkał. Medale bardzo ładnie wykonane, zawisły na piersiach wielu żołnierzy tego dnia. 

Oficer z medalem
Kapral z medalem

 Po uformowaniu kolumny marszowej w końcu ruszyliśmy. Marsz trwał jakiś kilometr lub półtora. Legioniści znowu maszerowali i prezentowali się wyśmienicie. Idąc na rynek mogliśmy oglądać na hiszpańskie uliczki i hiszpański styl zabudowy. Uliczki były wąskie, kamienice ładne. A na rynku czekała nas bomba zapachów z pobliskich knajpek i jadłodajni. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca i duża ilość wojska musieliśmy nieco po-manewrować nim ustawiliśmy się na rynku. Po ustawieniu zaś, z uliczki, którą na rynek przyszliśmy dało słyszeć się strzały. To wojska koalicji antynapoleońskiej nacierały na straż tylną naszych wojsk. Po dłuższym oczekiwaniu w końcu ujrzeliśmy naszych wrogów. Nam przypadło bić się z oddziałem Portugalczyków. Nawet pojmaliśmy jeńca, ale ostatecznie trzeba było go puścić, bo sytuacja stawała się groźna. Anglicy parli do przodu i coraz więcej oddziałów wroga wchodziło na rynek. My broniliśmy prawej strony rynku wraz z polskim batalionem, Centrum i lewe skrzydło stanowiły wojska francuskie. Bój był bardzo żywiołowy. Choć na naszej flance Portugalczycy ograniczyli się do trzymania nas w szachu byśmy przypadkiem nie runęli na skrzydło aliantów. Ostatecznie ta bita z naszej perspektywy ograniczyła się do wymiany ognia. Po jakimś czasie po liniach poleciał rozkaż by przestać strzelać. Okazało się, że Francuskie dowództwo postanowiło się poddać. Po wszystkim nastąpił przegląd broni. Ci którzy mieli naładowane zostali wysłani do tyłu by odstrzelić broń. A po wszystkim każdy oddział miał wracać do obozu indywidualnie. To było dobrym rozwiązaniem, gdyż, wszyscy chcieliśmy coś zjeść. A miejsc do tego było kilka. Knajpki po bitwie zaludniły się wojskiem. My także wpadliśmy do jednej, z nich i pozamawialiśmy coś do zjedzenia. Ja zakończyłem na tapas-ie a dokładniej trzech tapas-ach. Czyli małych przekąskach, które do złocistego trunku były w sam raz. Po wszystkim wróciliśmy do naszego obozu, gdzie trwało już pakowanie. Ja skorzystałem jeszcze z prysznica, a potem zacząłem się pakować. Sala powoli pustoszała z hiszpańskich piętrowych łóżek wojskowych, my zaś pakowaliśmy się w nasze torby. 

Tobiaszs sprząta oboz

 Gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, a bagaże złożone na jedną z dwóch potężnych zgrupowań, toreb i waliz. Jedna sterta była przeznaczona do autokaru nr 1 a druga do autokaru nr 2. Gdy byliśmy gotowi ruszyliśmy do pobliskiej knajpki. Ja zamówiłem kawę. Spotkaliśmy tam naszych kolegów z 4 pułku piechoty. Po tym jak posiedzieliśmy sobie w tej kafejko-barowej knajpce, zachciało się nam coś zjeść. Więc udaliśmy się do restauracji pod złocistymi łukami. A gdy wróciliśmy zastaliśmy już salę gimnastyczna na której były rozłożone łóżka, pustą i częściowo posprzątaną. Potem nastąpiła zbiórka, zostały wyznaczone osoby do ładowania i kierowania załadunkiem. Od nas był wyznaczony Tomek Krasucki. Czas płynął nieubłaganie i bliżej godziny wyjazdu, czyli 22.00 zarządzono by wszystkie bagaże wynieść na dwór bliżej autokarów. Dodatkowo, gdy już 90% ładunków było w luku bagażowym, zaczął padać deszcz. A gdy odjeżdżaliśmy rozpadało się na dobre. Tak że Madryt płakał po naszym odjeździe. Podróż powrotna, a dokładniej jej pierwsza część nie należała do łatwych. Ciało znów nie przyzwyczajone do wielo godzinnego dyskomfortu doskwierało nam. I człowiek nie wiedział w końcu jak ma siedzieć. Tym razem jednak postoje były nieco dłuższe i zlokalizowane w bardziej rozwiniętych stacjach benzynowych a nawet udało się przed naszym postojem w Belgii stanąć przy sklepach w celu zaopatrzenia się na kolację. W Belgii znając już miejsca naszych pokoi szybko rozłożyliśmy się i skorzystaliśmy z możliwości wykąpania się. Na dworze znaleźliśmy nawet stoły ogrodowe i krzesła i rozłożyliśmy się do gry w karty nad rzeką. Potem przenieśliśmy się do sali jadalnej. A na koniec udaliśmy się do naszego pokoju. Poszliśmy spać około 24.00. Rano śniadanie było o 06.00. Była i jajecznica, i szynki, i dżem, i kawa. No i przede wszystkim były ciepłe te rzeczy a dodatkowo smaczne. Jednak polska gościna to polska gościna. Po śniadaniu wszyscy pakowali się do autokarów i ruszyliśmy w ostatni etap podróży do Polski. I tak jak przy wyjeździe z Belgii w drodze do Madrytu, tak i teraz człowiek przyzwyczai się i nie odczuwał tak ciasnoty miejsca w autokarze. Podróż trwała bez większych przeszkód. Po drodze udało się obejrzeć nawet dwa filmy. Waterloo i Popioły. Oczywiści chłopaki siedzące koło mnie zaglądały z zapartym tchem. A ja mogłem dopowiada i wyjaśniać co bardziej zawiłe tematy. Tak dojechaliśmy do Poznania, gdzie spora część ludzi wysiadła, w tym nasi koledzy i koleżanki z Nysy. Po pożegnaniu z nimi i innymi rekonstruktorami udaliśmy się dalej do Warszawy. Tam na szczęście nie trzeba było daleko szukać przystanku autobusowego, gdyż był zaraz pod halą Torwar. Podróż autobusem wprawiała w zdumienie warszawiaków widzących, że idzie jakaś grupa obładowana bagażami i dziwnymi nakryciami głowy.  

Wiktor w rogatywce

Gdy dojechaliśmy do stacji Warszawa Centralna udaliśmy się do restauracji pod słonecznymi łukami która ponoć czynna jest 24h, potem wyszło, że tak nie jest. Rozłożyliśmy się tam i zamówiliśmy coś do jedzenia i wypicia. Przy okazji jeden z gości restauracji próbował nam w mówić, że wojska Napoleona biły się pod Bzurą. Znajomość historii nie jest silną stroną naszych rodaków, inaczej byliby bardzie mądrzejsi przy dokonywaniu wyborów ważnych dla nich jak i państwa. Niestety czas płynął i musieliśmy opuścić restauracje. Udaliśmy się do holu przed peronem, gdzie straż ochrony kolei pacyfikowała chłopa, który bluzgał w ich stronę. Oczekiwanie w holu, dłużyło się i dłużyło. Z nudów zaczęliśmy chodzić po stacji i jeździć ruchomymi schodami. W końcu około 05.00 rano stacja ożyła. Zaczął się ruch. My zeszliśmy na peron i tam na ławeczce niektórzy z nas posnęli. Zmęczeni dawało o sobie znać. 

 O 06.06 doczekaliśmy się naszego pociągu. Wsiedliśmy w przedział i nie trwało to długo zasnęliśmy. Budzeni co jakiś czas przez komunikaty z radiowęzła pociągu doczekaliśmy się kontroli biletów. W końcu przed Opolem pożegnaliśmy się z Wiktorem. My zaś w Opolu po wyjściu na peron, pomachaliśmy koledze na drogę, gdy pociąg odjechał. Adrian, Bartosz i Tobiasz zostali na stacji czekając na pociąg do Kędzierzyna. Ja zaś z Jankiem taksówką ruszyliśmy do mnie pod dom, gdzie Janek zostawił swoje auto. Tam obdarowałem Janka jeszcze książkami, o które prosili pożegnaliśmy się. Ostatecznie wszyscy gdzieś do godziny 14stej 8 maja 2024 byli w swoich domach. 

Wyprawa dobiegła końca. Czy warto było pojechać? Tak. Czy można było parę rzeczy zrobić lepiej? Tak. Ale po wszystkim zostało mnóstwo wspomnień, zdjęć, filmów i odcisków na nogach. Reasumując Była to jak dotąd najdłuższa wycieczka rekonstrukcyjnej w jakiej braliśmy udział. Zaczynaliśmy 28.04.2024 a kończyliśmy 08.05.2024. Ja dziękuję wszystkim którzy porwali się na ten wyjazd, dzięki wam wyjazd ten był naprawdę fajny. Bo ciężkie chwile znosi się lepiej w gronie towarzyszy broni jakimi są legioniści Legii Polsko-Włoskiej. 

Koniec.

bottom of page