Dzień 3
03.05.2024
Trzeci dzień naszego pobytu w Madrycie był chyba dla większości najważniejszym. Gdyż zaraz po tym jak wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie. Szykowaliśmy się do wyjazdu na słynny z szarży polskich szwoleżerów wąwóz Somosierra. Ja pasjonat epoki napoleońskiej, o słynnej szarży już dość się naczytałem i byłem ciekaw tych stromych ścian skalnych pomiędzy którymi szarżowała słynna polska konnica. Po kolejnym zimnym śniadaniu złożonym z słodkości budyniowo-puddingowych, zaczęliśmy ubierać mundury i przywdziewać sprzęt na nasze ramiona. Okazało się jednak, że nie wszyscy chcą jechać. Okoniem u nas stanął Bartosz, którego przekonywałem ja, przekonywali koledzy, a nawet Piotrek Sawiak dowodzący batalionem. Niestety na nic się to zdało, Bartosz nie chciał jechać. W końcu powiedziałem wszystkim by dali spokój i szykowali się do wyjazdu. W autokarze okazało się, że jest więcej wolnych miejsc. Gdy zaś ruszyliśmy zobaczyliśmy jak grupa polskich rekonstruktorów ruszyła na miasto. Choć można było tłumaczyć to tym, iż część ludzi już niegdyś była w słynnym wąwozie, lecz mimo wszystko wrażenie było raczej smutne, że nie wszyscy chcą ruszyć w ważne dla Polaków miejsce, zwłaszcza będąc tak blisko niego. Podróż z miejsca naszego bytowania do wąwozu Somosierra trwała około godziny. Na miejscu sformowaliśmy się i ruszyliśmy pod budynek władz miasteczka Somosierra. Gdy żołnierze stali w szyku. Oficerów w tym i mnie zaproszono na chwile do środka budynku władz, gdzie przywitał nas burmistrz. Czekał nas tam drobny poczęstunek lokalnymi przysmakami. Cienką szynką, wybornym serem, zapieczonymi skwarkami, chrupkimi paluszkami i winem białym oraz czerwonym. Po przywitaniach w których uczestniczyła także konsul Polski wróciliśmy do żołnierzy. Przed budynkiem ustawiono mini mównicę i zaczęły się uroczystości. Były przemowy po polsku Pana Andrzeja Janeczki który reprezentując Dom Polski z Madrytu był reprezentantem Polonii. Były przemowy po hiszpańsku burmistrza Somosierry. Występy recytatorskie, taneczne i piosenkarskie Polonii. Każda grupa dostała pamiątkową szklaną grawerowaną tablicę. Chętni uczestniczyli we mszy. A na koniec udaliśmy się pod miejsce, gdzie jest pamiątkowa tablica formującą, iż 30 listopada 1808 roku doszło tu do bitwy. Po złożeniu wieńców, każda grupa miała chwilę by zrobić sobie zdjęcie. A następnie Marcin Piontek który był jednym z organizatorów naszego wyjazdu zabrał nas w dół wąwozu by po drodze opowiadać o szarży jak ona przebiegała.



Marcin prywatnie jest rekonstruktorem odtwarzającym szwoleżera. Ze względu, że naszą wycieczkę rozpoczynaliśmy od miejsca, gdzie szarża się kończyła, to też Marcin Piontek opowieść o szarży rozpoczynał od końca. Dla mnie osobiście było to niesamowitym przeżyciem, jak pewnie dla wielu którzy udali się w dół wąwozu, że mogłem na własne oczy ujrzeć, jak wygląda ten mityczny wąwóz. A mitów i legend jak on wygląda jest całe mnóstwo. Utrwalane przez dwa wieki różne wersje i warianty na robiły sporo zamieszania. Zaczęli sami uczestnicy szarży, a i potomni nie pozostawali w tyle.
Więc jak ów wąwóz wygląda zapewne każdy zadaje sobie pytanie. Jedno ze zdjęć pokazuje go od miejsca zakończeni szarży. Wąwóz nie jest obwarowany skałami z obu stron, że nie da się pójść w lewo czy w prawo. Wydaje się stosunkowo płaski. Ale jest to mylne wrażenie. Dużo zmieniła historia. Po jednej stronie wąwozu leci utwardzona droga, bardzo szeroka co czyni wyobrażenie o wąwozie mylnym. A po drugiej stronie, a na wysokim nasypie autostrada. Oczywiście w 1808 roku wyglądało to inaczej. Była wąska droga, po jednej stronie ciągnął się kamienny murek, dodatkowo przez wąwóz płynie rzeczka. Owa rzeka też jest zdradliwą. Bo płynie tylko po tym jak w górach spadnie deszcz. Akurat w 1808 roku rzeczka płynęła i to dość bystro. Tym samym czyniąc pozycję Hiszpańską jeszcze trudniejszą do sforsowania. Inną rzeczą utrudniającą wszelki szybki ruch w wąwozie jest fakt, iż od dołu wąwozu do miejsca, gdzie szarża się zakończyła jest ciągle pod górę. Droga trzeba to wspomnieć dziś już niemal nie widoczna, była na tyle wąska, że można było jechać nią tylko dwójkami. Tak więc to, że wszystko skończyło się zwycięstwem polskich kawalerzystów jeszcze bardziej każe oddać im cześć i chwałę za to czego dokonali. Nasza podróż w dół wąwozu na piechotę, trwała około godziny i dotarliśmy do miejsca między drugą a trzecią baterią. Zaś sama szarża jak obliczają historycy trwała od 9 do 12 minut. Na koniec, gdy zeszliśmy w dół trzeba było wracać pod górę i tu zaczęliśmy odczuwać te delikatne, ale trwałe i nieustępliwe nachylenie terenu.


Po drodze do góry cała wycieczka porwała się na grupy. Ja z Adrianem, idąc, spotkaliśmy pod drzewem Janka i Wiktora. Którzy postanowili odsapnąć w cieniu. Następnie ruszyliśmy w gorę. Na szczęść całej drogi w górę nie musieliśmy wracać, gdyż jeden z autokarów zjechał po nas. Po powrocie czekało na nas jadło i napitek. A część ludzi udawała się wcześniej do naszego obozu na bal. My po wędrówce wąwozem nasyceni historią, z ochotą ruszyliśmy po jedzenie. Serwowano Hiszpańską Paelle, czyli ryż z rożnymi dodatkami. A dodatkowo mogliśmy spróbować szynki iberyjskiej i zakosztować lokalnych trunków. Po wszystkim po 17.00 ruszyliśmy do obozu. I na miejscu byliśmy około 18.00. Tu czas pozwolił byśmy w końcu troszkę pobiesiadowali, pograli w karty i odpoczęli przed kolejnym dniem, w którym czekała nas defilada i bitwa tym razem regularnymi oddziałami Hiszpańsko-portugalsko-angielskimi.



