Dzień 1
01.05.2024
Gdy przyjechaliśmy czekała na nas gorąca herbata z rumem lub raczej rum z gorącą herbatą, gdyż było go więcej niż herbaty. Na sali, na której mieliśmy spać panował pół-mrok. A spać mieliśmy na rozłożonych przez Hiszpanów łóżkach armii hiszpańskiej. Łóżka były trzy piętrowe lub dwupiętrowe. Choć wyglądały nieco niepozornie i trzeba było podociągać i pozapinać brezentowe posłania okazały się konstrukcją stabilną, mocną i w jakimś sensie wygodną. Na sali po dłuższym krążeniu tam i z powrotem znaleźliśmy naszych śpiących kolegów Bola i Sztaufiego, którzy przylecieli do Madrytu samolotem. Choć koledzy spali, to po dobudzeniu Sztaufiego wiedzieliśmy, gdzie możemy się rozłożyć. Po wstępnym rozłożeniu się, poszliśmy spać. Spania wiele nie było, gdyż około 08.00 rozpoczął się ruch wszystkich na sali. U nas większość chłopaków jeszcze smacznie spała, ale ja już nie potrafiąc zasnąć poszedłem zażyć porannej toalety. Niestety warunki sanitarne pod względem technicznym może i nie pozostawiały wiele do życzenia, lecz pod względem ilościowym już tak. Była toaleta męska i damska. W męskiej mieliśmy trzy kabiny, w których dwie nie zamykały się. Umywalek także było trzy. Prysznic był wspólny na cztery miejsca.
Z prysznicem był zaś taki problem, iż leciała tylko zimna woda. Dopiero bodajże drugiego dnia, ale popołudniu ktoś wpadł na pomysł by nacisnąć wszystkie cztery guziki na wodę i wówczas po pewnym czasie ciepła woda znów zaczęła płynąć. Cóż rozwiązanie godne zagadki Sherlocka Holmesa. Ranek płynął i w końcu koło 09.00 rano przywieziono śniadanie. Śniadaniem były słodkie rogaliki z nadzieniem, soczki z słomką wieloowocowe i ananasowe, kawa mrożona kofeinowa i bez kofeinowa. Wszystko zimne. Z tym zimnym jedzeniem to już będzie tradycja do końca, z wyjątkiem 3 maja. Ale nie wyprzedzajmy wypadków. Początkowo nie wiedzieliśmy, czy idziemy gdzieś na miasto już na godzinę 11.00 czy dopiero późnym popołudniem na 18.00. Hiszpanie chyba sami nie wiedzieli. Ostatecznie wyszło, że do południa mamy czas wolny. Tak więc większość postanowiła ruszyć na miasto i skorzystać z czasu wolnego. Po przebraniu się w mundury ruszyliśmy w stronę stacji metra. Metro w Madrycie jest bardzo rozbudowane i można tam dotrzeć niemal w każdy zakątek miasta. Chwilę nam zabrało nim ogarnęliśmy jaki bilet należy kupić. I w końcu poszliśmy na peron, na który po krótkim oczekiwaniu przyjechał pociąg. Oczywiści grupa przebranych w historyczne mundury obcokrajowców wzbudzała wielkie zainteresowanie mieszkańców Madrytu. I co rusz ktoś robił nam zdjęcie, lub później w mieście podchodził i pytał o możliwość robieni zdjęcia. W Madrycie początkowo nie wiedzieliśmy, gdzie iść, szliśmy dużą grupą. Ale po jakimś czasie rozdzieliliśmy się i grupa, w której byłem ja oraz Adrian, Wiktor, Sztaufi, Bolo, Tobiasz, Janek, Bartosz i Gosia ruszyła w stronę Pałacu Królewskiego (pod który zawędrujemy jeszcze by stoczyć tam walkę) Po drodze mijaliśmy Madrycki Łuk tryumfalny, czyli Puerta de Alcala, przy którym zrobiliśmy sobie kilka zdjęć. Potem szliśmy dalej, docierając pod Teatro Real, który to budynek pełni funkcję opery w Madrycie. Następnie minęliśmy okazałą fontanne Monument to Filipe IV i dotarliśmy do Pałacu Królewskiego, i tłumu ludzi który obserwował odprawę wojska przed pałacem królewskim. Poszliśmy za radą Bartosza, który chciał ujrzeć ten pokaz. By jednak coś widzieć uformowaliśmy małą kolumnę i po moich ciągłych przeprosinach ludzie rozstępując się, dopuścili nas pod samą barierkę przed Pałacem, dzięki czemu widzieliśmy naprawdę dużo. Żołnierze reprezentacyjni Hiszpanii zaskoczyli nas. Nie byli ustawieni według jakichkolwiek norm wzrostowych. A i ich zarost także nie zdradzał zbytnio, że są wojskiem. Tylko paradne mundury i musztra mówiła, że to wojskowi znający wszelkie ruchy paradne. Jednego Wiktor tym patrzeniem na niego, omal nie doprowadził do głośnego śmiechu. Po pewnym czasie przyjechał także oddział konny i zrobiło się ciekawi. W końcu jednak stanie o oglądanie stojącego wojska znudziło się nam i wycofaliśmy się pod wielką fontannę, zostawiając samego Bartosza, który był oczarowany. Chwilę czekaliśmy pod fontanna i w końcu ściągnęliśmy Bartosza z powrotem i ruszyliśmy metrem do nas na obóz, jeśli można to tak nazwać. W metrze i na mieście budziliśmy zainteresowanie i zachwyt. Jeszcze przed wejściem do Metra przed operą, zrobiliśmy zdjęcia pod ponikiem Izabeli III.

Gdy wróciliśmy na obóz, nakazałem chłopakom po przerwie obiadowej (obiad był zimny w postaci dziwnych ni to serowych ni to mięsnych małych pasztecików) kręcić ładunki, i to kręcić jak najwięcej, bo strzelania miało być dużo każdego dnia. Około 17.00 całe wojsko autokarami ruszyło na miejsce zbiórki w mieście. Dla mnie był to debiut w roli oficera, po awansie w tamtym roku. Zresztą jak wielu niegdyś żołnierzy Legii Polsko-Włoskiej a potem Nadwiślańskiej ziemia Hiszpańska była pierwszym chrztem w życiu żołnierskim. Na miejscu czekało nas dużo czekania, z drobnym przemieszczeniem się w celu uformowania kolumny marszowej. Dowódcą Polskiego Batalionu został Piotrek Sawiak nominalnie dowódca 4 Pułku Piechoty Xsięstwa Warszawskiego. Nasz Kapitan zaś, Marek Gniewek został oddelegowany do pozostałych oficerów Xsięstwa i tylko w czasie przemarszu towarzyszył nam. Gdy już całe wojsko zostało zwiezione na miejsce, zarówno Polskie jak i Francuskie, zaczęto nas ustawiać na drodze, którą zablokowała hiszpańska Policja. Gdy kolumna ruszyła, Hiszpanie tłumnie gromadzili się po obu stronach ulicy by obserwować jakaż to kolorowa i barwna menażeria defiluje ulicą. W końcu po przejściu około kilometra dotarliśmy na nasz plac boju. Kolumnę naszego Polskiego Batalionu otwierali dobosze, potem orłowi z sztandarem 4 Pułku Piechoty Xsięstwa Warszawskiego. Następnie szliśmy my legioniści Legii Polsko-Włoskiej, potem mieszany pluton 2, 7 i 12 Pułku Piechoty Xsięstwa Warszawskiego. Trzeci pluton składał się z żołnierzy 4 Pułku Piechoty Xsięstwa Warszawskiego. Czwarty Pluton tworzył 3 Pulk Legii Nadwiślańskiej z Rypina, zaś całą kolumnę zamykała Legia Nadwiślańska złożona z podchorążych z WAT-u. Polaków na wydarzenia w dniach od 1-5 maja wybrało się około 150 osób. To też na każdej potyczce czy bitwie stanowiliśmy ogromny kontyngent, z którym musieli się liczyć i sojusznicy, i wrogowie.

Ale wróćmy na pole bitwy 01.05.2024. Stanowiło ono kwadrat na pagórku. Tyle że my zaczynaliśmy na dole a Hiszpanie stali na górze pagórka. Nasz batalion po wejściu na pole walki, uformował się w linie, gdzie skrajne prawe skrzydło przypadło nam, Legii Polsko-Włoskiej. Po prawej mielimy tylko publiczność. Zaś na lewo od nas stał mieszany pluton 2,7 i 12 Pułków. Bitwę zaczęliśmy niemal jednocześnie. Hiszpanie wysłali na przedpole swoich strzelców, zaś ja dostałem rozkaz by zaraz po wejściu na pole walki prowadzić indywidualnie działania i strzelać się z Hiszpanami co szybko uskuteczniłem. Natychmiast po wejściu na wyznaczony mi odcinek ustawiłem oddział i oddaliśmy pierwszą salwę. Hiszpanie początkowo nie przejawiali ochoty by zetrzeć się z nami i ograniczali się do okrzyków i strzałów swych wysuniętych strzelców. W końcu dostałem rozkaz od Piotrka Sawiaka, który dowodził całym batalionem by po oddaniu kolejnej salwy ruszyć na bagnety. Starcie z Hiszpańskimi insurgentami nowym było dla nas doświadczeniem. Walczyli w pełni zaangażowani, nie na żarty, przy pełnym aplauzie publiczności. Dodatkowo w szeregach powstańców nie brakowało kobiet, których lekceważenie można było życiem przypłacić. Po wycofaniu się i uformowaniu prowadziliśmy nadal ogień. W pewnym momencie padł ranny kapral Adrian. Potem nieco cofnęliśmy się, ale nie na tyle daleko by rannego stracić z oczu. Gdy kilku Hiszpanów rzuciło się na nasze szeregi, ja zauważyłem, iż jeden z nich ruszył w stronę rannego kaprala. Początkowo myślałem, że łotrzyka chce obrabować rannego. Lecz ten w pewnym momencie wyjął nóż i już przykładał go do gardła mego żołnierza. Ruszyłem natychmiast w jego stronę i spłoszyłem, a potem jeszcze szpadą dwukrotnie zadałem cięcia, które ten odbił i uciekł. Rannego natychmiast kazałem podnieść i odnieść na tyły. Do dziś przed oczami mam te scenę, gdzie sekundy dzieliły życie od śmierci mego kaprala. Walka trwała nadal. W końcu przewaga strony napoleońskiej dała o sobie znać i zepchnęliśmy wroga na szczyt pagórka. Przy kolejnym starciu na bagnety, wielu Hiszpanów udało się nam położyć. Ja miałem przyjemność z Hiszpańska kobietą, która na tyczce miała przywiązany nóż. Sprawnie tą improwizowaną bronią wywijała, gdyż musiałem zbijać jej cięcia szpadą. Samo starcie niczym się nie wyróżniało. Lecz wzrok jakim mnie obdarowała, był pełen pasji i nienawiści. Nadejście moich żołnierzy spłoszyło ją ostatecznie i uciekła do swych szeregów. Tak jak mówiłem nowa to była dla nas walka, której jeszcze nie doświadczyliśmy. Walczyliśmy z ludźmi zawziętymi, pełnymi nienawiści do nas, walczyliśmy z Hiszpańskimi patriotami. Koniec bitwy doprowadził do tego, iż w końcu Hiszpanie wysłali parlamentariusza, z którym rozmawiał dowódca francuski. Ustalono w końcu warunki kapitulacji i walka zakończyła się.
.jpg)
Po wszystkim ustawiliśmy się frontem do publiczności. Publiczność po bitwie była mniej nam przychylna, a koledzy z oddziału nawet powiedzieli, iż wytkano nas palcami, jak i mnie. Nie wiem czy był to efekt tego, że dowodziłem oddziałem i wyróżniałem się mundurem czy też to, że leżącym na ziemi Hiszpanom odrzucałem broń i na wszelki wypadek dawałem coupe de grace. Potem sformowaliśmy kolumnę i spokojnym krokiem ruszyliśmy do autokarów. Gdy wróciliśmy w obozie czekała na nas kolacja. Znowu zimna. Choć akurat makaron z kawałkami wędzonego kurczaka, orzechami i warzywami był całkiem dobry. Niestety na drugi dzień odchorowała to nasza koleżanka Dominika zatruciem pokarmowym. Tym samym z szeregów ubył mi jeden człowiek na dzień następny. Po kolacji wszystkich żołnierzy zagoniłem do czyszczenia karabinów i ewentualnego dokręcenia ładunków. Poszliśmy spać gdzieś około 24.00, zmęczeni emocjami i wydarzeniami dnia dzisiejszego.

