Wyjazd

Wyjazd na obchody powstania 2 maja w Madrycie rozpoczęliśmy dość wcześnie, gdyż już 28.04.2024 r. Zgromadziliśmy się na stacji w Opolu. Chłopcy z Kędzierzyna Adrian, Tobiasz i Bartosz dotarli na stację gdzieś o 16.00 ja z Jankiem podwiezieni przez moją siostrę przed 17.00. Siostrę musiałem jeszcze zatrudnić za kuriera, gdyż w całym pakowaniu bagaży zapomniałem o swojej manierce, która potem jak najbardziej przydała się na miejscu. Do pociągu wsiedliśmy obładowani niczym cyganie. Na szczęście nie trzeba było szukać miejsca, gdyż wcześniej zarezerwowaliśmy sobie przedział, w którym siedział już Wiktor. Po wstępnym przywitaniu, nastąpił czas rozstawienia bagaży po przedziale i w końcu nasza podroż się rozpoczęła. Pociąg z drobnym opóźnieniem dotarł do Warszawy. Na miejscu nieco pochodziliśmy sobie nim znaleźliśmy właściwy przystanek, z którego odjeżdżał autobus mający nas zawieźć pod halę Torwar. W między czasie Janek zostawił czteropak wody obok przystanku, gdyż nie chciał targać dodatkowych kilogramów. Gdy jednak musieliśmy zawrócić by iść na właściwy przystanek i mijaliśmy miejsce, w którym Janek zostawił wodę, to już jedna butelka zdołała dostać nóg i zniknęła :) Po przejechaniu w końcu pod halę Torwar, nastąpił okres postoju i oczekiwania. Niestety w okolicy nie bardzo było coś do zjedzenia, więc skończyło się na zamówieniu Pizzy z dowozem. A gdy Pizza się zjawiła, zjedliśmy ją ze smakiem. Czas dłużył się, byliśmy chyba pierwszą ekipą, która dotarła pod hale. Oczekiwanie od około 21.00 do 02.00 uprzyjemnialiśmy sobie opowieściami z poprzednich wyjazdów i tym co nas czeka na dalekiej Hiszpańskiej ziemi. Około 01.00 zaczęli pojawiać się inni rekonstruktorzy, obciążeni swym bagażem niczym muły juczne. Im bliżej wyjazdu człowiek zastanawiał się, jak to wszystko się zmieści w lukach bagażowych? W końcu dotarli na miejsce zbiórki także koledzy i koleżanki z Nysy. Po chwili zostali wydzieleni ludzie do pakowania i gdy autokary się zjawiły ładownie poszło sprawnie. Gdy już wszystko zostało ukończone, wsiedliśmy by zając miejsca w autokarze. Udało się usiąść obok siebie i jakoś o 02.35 ruszyliśmy. Podroż nie trwała długo, gdyż około 04.00 przed Poznaniem autokar musiał stanąć na parkingu, a kierowcy zabrali się za naprawę przewodu paliwowego, z którego kapało na tyle że pod autokarem powstała mała kałuża paliwa. Usterkę jednak udało się naprawić. Ale nie nastrajało to optymistycznie na dalszą wielokilometrową podroż. W Poznaniu dosiedli się pozostali rekonstruktorzy, dla których trzeba było cudownie znajdować miejsce w lukach bagażowych. Niestety nie wszystkim dane było pojechać, gdyż pewna dziewczyna i chłopak z innego pułku licząc, że ktoś w ostatnim momencie zrezygnuje i nie pojedzie, miejsca dla siebie nie znaleźli i nie pojechali z nami. Był to efekt zamieszania przed wyjazdem, gdzie dość arbitralnie wskazano kto jedzie a kto zostaje w rezerwie. Podroż pierwszego dnia była mordęgą. Ciało nie przystosowane do ograniczonej przestrzeni w jakiej trzeba było siedzieć drętwiało i bolało. Postoje tylko 15-sto minutowe, na MOP-ach bez stacji lub z stacjami nie posiadającymi oferty gastronomicznej, też dawała w kość. Dopiero dotarcie do Belgii, na nocleg dało wytchnienie i ulgę. Można było się wykąpać, a chłopaki załatwiły nawet cztery ostatnie butelki złocistego trunku. Spania nie było dużo, bo poszliśmy spać przed 24.00 a wstać trzeba było o 6.00.

29.04.2024
Choć wszyscy mieli budziki nastawione na wcześniej, to każdy włączał co chwilę drzemkę by pospać w normalnych warunkach. O 06.00 czekało na nas śniadanie. Które dało energię na to by przetrwać drugi dzień podróży. Co ciekawe, drugiego dnia człowiek nie odczuwał już tak tego braku ruchu jadąc tyle godzin w autokarze. Dzień ten mijał nam na podróżowaniu przez Francję. Mijaliśmy Paryż i każdy spoglądał, gdzie jest ta słynna wieża, którą udało się w końcu zobaczyć w oddali. Pozostała część Francji, zwłaszcza od Paryża na południe, wydała się nam opustoszała i wyludniona, dopiero bliżej granicy z Hiszpanią miasta Bordeaux i Bajonna dały znać, że jednak w tej części Francji nie jest pusto i mieszkają tu ludzie. Do Hiszpanii wjeżdżaliśmy przy powitalnym opadzie deszczu. Pierwszym większym miastem jakie widzieliśmy, było San Sebastian. Choć słowo „widzieliśmy” jest nieco nad wyrost, gdyż do Hiszpanii wjechaliśmy w nocy. Reszta podróży przy po kapaniu deszczu poleciała tak szybko, że w końcu około 04.00 w nocy dotarliśmy na miejsce.
